Tragedie
jakie rozgrywają się na świecie zawsze rozgrzewają nasze telewizory. Jednak
prawda jest taka, że nie wiemy do końca jak duże zagrożenie, dla nas jako
jednostek, niesie za sobą obecna sytuacja na Ukrainie. Nie mamy pojęcia czy
samolot, w który wsiądziemy zniknie na dobre z radarów, czy rozbije się w tuż
przed lądowaniem. Pewne jest, że za bardzo się tym wszystkim przejmujemy.
Nie chcę mówić, że nie powinniśmy
zupełnie olać wszystko dookoła. Nie chcę mówić, że powinniśmy odpuścić sobie
ratowanie świata. Chcę powiedzieć, że zamiast się wszystkim emocjonować,
powinniśmy naszą energię skupić na rzeczach pożytecznych. Zdecydowanie bardziej
prawdopodobne od podróży samolotem, który zapadnie się pod ziemię jest to, że
do życia potrzeba nam powietrza, wody i jedzenia. Jeśli chodzi o pierwsze
segreguję śmieci i używam antyperspirantu w kulce. To co posegreguję
prawdopodobnie pewnie i tak trafi na jedną kupkę z całą resztą odpadów, ale ja
mam czyste sumienie. Jeśli chodzi o drugie, nie wylewam niczego podejrzanego do
„rzeki”, którą mam za domem, biorę szybkie prysznice i nie podlewam swoich
kwiatków. Słynę z tego, że nawet kaktusy u mnie usychają. Oszczędność wody
ponad wszystko. Po trzecie kupuję mało jedzenia, więc mało go wyrzucam. Prawda
jest taka, że szkoda mi marnować pieniądze na żarcie, skoro mogę sobie uzbierać
na kolejną książkę. Nie chcę wyjść na jakiegoś wielkiego ekologa, ale obawianie
się o takie rzeczy uważam za rozsądne.
Żeby nie było zbyt poważnie, powiem, że
niektórzy lubią się bać. Nie mówię tu wcale o zwolennikach teorii spiskowych,
ale o tych, którzy oglądają horrory. Pierwsza projekcja w historii kina na
przykład, okazała się strasznym przeżyciem. Ludzie widząc nadjeżdżający pociąg,
uciekli z krzykiem, ale nie na zawsze. Zrozumieli, że to tylko film i że
poruszające się pojazdy wcale nie zrobią im krzywdy. Co więcej zaczęli chodzić
do kina właśnie po to, żeby poczuć dreszczyk emocji. I chociaż „Gabinet doktora
Caligari” uważam za najnudniejszy film grozy jaki kiedykolwiek przyszło mi
oglądać, kiedyś przerażał. Podobno. Kiedy oglądałam „Cube” byłam zafascynowana
umiejętnościami matematycznymi jednego z bohaterów. Podczas oglądania „Wrót do
piekieł” raz naprawdę się wystraszyłam. Z kolei przy „Sierocińcu” się
popłakałam. Nie obejrzałam wprawdzie wszystkich horrorów jakie nakręcono, ale
mój organizm zdołał zaprezentować całą paletę emocji.
Tak jak każdy ma swoją teorię rozsądku,
tak każdy inaczej reaguje na zagrożenie. Jedni zaczynają płakać, drudzy
kontratakują, innych strach paraliżuje. Jednak są też tacy, którzy zaczynają
się w takiej sytuacji śmiać. Tym ostatnim szczerze zazdroszczę, bo jeśli
zagrożenie okaże się realne skończą z uśmiechem na twarzy.
Swoją drogą obstawiałabym, że Ci ludzie
usłyszeli właśnie, że muszą oszukać przeznaczenie.
\

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz