Ludzie
przed świętami wariują. Przed długimi weekendami też. Z jednej strony fajnie,
że mamy tyle wolnego, z drugiej trochę za dużo wokół tego wszystkiego
zamieszania.
Mam w zwyczaju na początku każdego
nowego roku sprawdzać ile będę mieć wolnego i ile długich weekendów. Kiedy
byłam jeszcze w podstawówce byłam tak skrupulatna, że do wolnych dni doliczałam
każdą sobotę i niedzielę. Dodając wszystkie te doby do siebie wychodziło mi, że
w sumie moje życie to jeden wielki „urlop”, z przerwami na siedzenie przez
kilka godzin w ławce z koleżanką czy kolegą z klasy. Mogę spokojnie powiedzieć,
że byłam najszczęśliwszym dzieckiem pod słońcem, bo do szkoły nie chodziłam
prawie wcale, a i tak miałam praktycznie perfekcyjną frekwencję. Przynajmniej
zanim poszłam do liceum.
Stojąc dzisiaj w wielkim korku w środku
małego miasta, zdałam sobie sprawę z tego, że od dziecka byłam uczona pewnych
wzorców zachowań. Na przykład, kiedy ktoś obcy pukał do drzwi, miałam go nie
wpuszczać, jeśli będę sama w domu. Najlepiej w ogóle nie wpuszczać, ale moi
rodzice nie chcieli być zbyt rygorystyczni. Natomiast w sytuacji kiedy
odwiedzał mnie ktoś znajomy, miałam wykazać się nienaganną gościnnością i
uraczyć tą osobę wszystkim, co najlepsze w domu (mój przekład: w szafce ze
słodyczami). Między wieloma z tych przekazywanych w mojej rodzinie z pokolenia
na pokolenie przykazań było też kupowanie produktów na najpyszniejsze jedzenie
przed świętami, co w wyniku społecznej ewolucji rozszerzyło się też na długie
weekendy. Niestety tępa ze mnie uczennica, bo z obcymi mogę rozmawiać
godzinami, a nieznajomych kurierów zapraszam do domu z uśmiechem na twarzy.
Nawet Pan od liczników czuje się u mnie bardziej u siebie niż ja sama (nigdy
nie widziałam tego całego licznika). Jeśli chodzi o gości, to moi znajomi
doskonale wiedzą, że jeśli nie zapowiedzą się odpowiednio wcześniej, nie mają
co liczyć na ucztę. Co najwyżej podejmę ich chlebem bez soli, herbatą bez cukru
i kawą bez mleka.
Marnie u mnie też z robieniem wielkich
zakupów przed świętami, ale z tego akurat jestem dumna. Nie robię gigantycznych
zapasów jedzenia, bo po pierwsze nie chcę żeby przez weekend dłuższy zaledwie o
jeden dzień od tego zwykłego, szlag trafił moją wieczną dietę. Po drugie nie
jestem w stanie załadować takich ilości żarcia do mojej torebki. Jest duża, ale
bez przesady. Poza tym nie chce mi się taszczyć kilku przeładowanych
reklamówek, nawet jeśli samochód postawię przed samym wejściem do sklepu. Po
trzecie nie mam zamiaru wyrzucać jedzenia, którego przecież i tak nikt nie zje.
W dzieciństwie przyzwyczaiłam się, że
moje życie to wieczne wakacje i może to mnie nauczyło, że weekend jest zbyt
krótki, żeby zdążyło mi braknąć jedzenia w lodówce. W każdym razie niezależnie
od tego jak bardzo starałabym się zachować rozsądne podejście do świąt i
wszelkich „długich weekendów” i tak utknę wtedy w jakimś korku jadąc po trzy
jabłka na ryneczek. Swoje wystoję też przy kasie w supermarkecie, trzymając w
rękach dwa jogurty i gazetę, bo inni robią zapasy jak przed końcem świata. Jest
jednak jeden wyjątek od moich nawyków zakupowych. Moja ulubiona woda pojawia
się w sklepie dość rzadko, więc kiedy tylko ją widzę wracam do budki z
jeżdżącymi koszykami, wciskam złotówkę i rozbijam się po markecie pojazdem
zapełnionym po brzegi zgrzewkami mojego ukochanego trunku. W związku z tym nigdy
nikomu nie wypomnę za dużych zakupów, chociaż i tak mi się wydaję, że ludzie
czasem przesadzają.
Nie ważne jak przygotowujecie się do
świąt, nie ważne jak i z kim je spędzacie. Mało istotne nawet to, co tak
właściwie ląduje na Waszych stołach. Cieszcie się, że macie wolne. Jestem
przekonana, że i tak skończy się za szybko. Wesołych Świąt moje dzióbki!
fot.Waldo Jaquith/flickr.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz