piątek, 18 kwietnia 2014

KOREK W SUPERMARKECIE

Ludzie przed świętami wariują. Przed długimi weekendami też. Z jednej strony fajnie, że mamy tyle wolnego, z drugiej trochę za dużo wokół tego wszystkiego zamieszania.




Mam w zwyczaju na początku każdego nowego roku sprawdzać ile będę mieć wolnego i ile długich weekendów. Kiedy byłam jeszcze w podstawówce byłam tak skrupulatna, że do wolnych dni doliczałam każdą sobotę i niedzielę. Dodając wszystkie te doby do siebie wychodziło mi, że w sumie moje życie to jeden wielki „urlop”, z przerwami na siedzenie przez kilka godzin w ławce z koleżanką czy kolegą z klasy. Mogę spokojnie powiedzieć, że byłam najszczęśliwszym dzieckiem pod słońcem, bo do szkoły nie chodziłam prawie wcale, a i tak miałam praktycznie perfekcyjną frekwencję. Przynajmniej zanim poszłam do liceum.

Stojąc dzisiaj w wielkim korku w środku małego miasta, zdałam sobie sprawę z tego, że od dziecka byłam uczona pewnych wzorców zachowań. Na przykład, kiedy ktoś obcy pukał do drzwi, miałam go nie wpuszczać, jeśli będę sama w domu. Najlepiej w ogóle nie wpuszczać, ale moi rodzice nie chcieli być zbyt rygorystyczni. Natomiast w sytuacji kiedy odwiedzał mnie ktoś znajomy, miałam wykazać się nienaganną gościnnością i uraczyć tą osobę wszystkim, co najlepsze w domu (mój przekład: w szafce ze słodyczami). Między wieloma z tych przekazywanych w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie przykazań było też kupowanie produktów na najpyszniejsze jedzenie przed świętami, co w wyniku społecznej ewolucji rozszerzyło się też na długie weekendy. Niestety tępa ze mnie uczennica, bo z obcymi mogę rozmawiać godzinami, a nieznajomych kurierów zapraszam do domu z uśmiechem na twarzy. Nawet Pan od liczników czuje się u mnie bardziej u siebie niż ja sama (nigdy nie widziałam tego całego licznika). Jeśli chodzi o gości, to moi znajomi doskonale wiedzą, że jeśli nie zapowiedzą się odpowiednio wcześniej, nie mają co liczyć na ucztę. Co najwyżej podejmę ich chlebem bez soli, herbatą bez cukru i kawą bez mleka.

Marnie u mnie też z robieniem wielkich zakupów przed świętami, ale z tego akurat jestem dumna. Nie robię gigantycznych zapasów jedzenia, bo po pierwsze nie chcę żeby przez weekend dłuższy zaledwie o jeden dzień od tego zwykłego, szlag trafił moją wieczną dietę. Po drugie nie jestem w stanie załadować takich ilości żarcia do mojej torebki. Jest duża, ale bez przesady. Poza tym nie chce mi się taszczyć kilku przeładowanych reklamówek, nawet jeśli samochód postawię przed samym wejściem do sklepu. Po trzecie nie mam zamiaru wyrzucać jedzenia, którego przecież i tak nikt nie zje.

W dzieciństwie przyzwyczaiłam się, że moje życie to wieczne wakacje i może to mnie nauczyło, że weekend jest zbyt krótki, żeby zdążyło mi braknąć jedzenia w lodówce. W każdym razie niezależnie od tego jak bardzo starałabym się zachować rozsądne podejście do świąt i wszelkich „długich weekendów” i tak utknę wtedy w jakimś korku jadąc po trzy jabłka na ryneczek. Swoje wystoję też przy kasie w supermarkecie, trzymając w rękach dwa jogurty i gazetę, bo inni robią zapasy jak przed końcem świata. Jest jednak jeden wyjątek od moich nawyków zakupowych. Moja ulubiona woda pojawia się w sklepie dość rzadko, więc kiedy tylko ją widzę wracam do budki z jeżdżącymi koszykami, wciskam złotówkę i rozbijam się po markecie pojazdem zapełnionym po brzegi zgrzewkami mojego ukochanego trunku. W związku z tym nigdy nikomu nie wypomnę za dużych zakupów, chociaż i tak mi się wydaję, że ludzie czasem przesadzają.
  

Nie ważne jak przygotowujecie się do świąt, nie ważne jak i z kim je spędzacie. Mało istotne nawet to, co tak właściwie ląduje na Waszych stołach. Cieszcie się, że macie wolne. Jestem przekonana, że i tak skończy się za szybko. Wesołych Świąt moje dzióbki!


fot.Waldo Jaquith/flickr.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz