Widzieliście
ostatnio jakąś wystrojoną dziewczynę w kolejce do kasy? Tak? To na pewno nie
byłam ja. Ostatnio na zakupy chodzę w dresie, ale za to makijaż mam zawsze
pełny.
Wczoraj miałam dzień wolny od wszelkich
obowiązków. Przesiedziałam więc kilkanaście godzin w domu. Przed komputerem.
Przed telewizorem. Z książką. Z gazetą. Nudziłam się. Nawet trochę
posprzątałam. W dodatku święcie wierzyłam, że nie będę musiała gnać do sklepu.
Wieczorem, wyobrażacie sobie? Wieczorem(!) okazało się, że mi się mleko skończyło. Nikt oczywiście nie wie gdzie i jakie dokładnie kupuję, więc nie zastanawiając się
zbyt długo zablokowałam łazienkę na dosłownie chwileczkę. Później jeszcze musiałam
uruchomić żelazko, bo przecież czasem nawet dresy trzeba odświeżyć. Szybkie
spojrzenie w lustro i już byłam w drodze.
Kiedy wparowałam pewnym krokiem do
Biedronki zszokował mnie fakt, że nie było żywej duszy przy kasie. Chcąc
wykorzystać tę sytuację pędem pognałam po mleko, oczywiście bojowo nastawiona,
bo za każdym razem muszę się szarpać z całym pudłem, żeby wyciągnąć litrowy
karton tego waniliowego cuda. Mocno się zdziwiłam kiedy okazało się, że moje
maleństwo czekało na mnie na samym brzegu półki. Czym prędzej je złapałam i
pobiegłam do kasy. Tak naprawdę dopiero tam czekał na mnie prawdziwy szok.
Oczywiście pusto już nie było, ale przede mną stała odstawiona laska w wysokich
szpilkach i krótkiej kiecuni z połową pleców na wierzchu (jej towarzyszka była
ubrana całkiem normalnie - jakieś spodnie, jakaś bluzka, oczywiście wszystko
czyste). I to nie jest tak, że ja jestem zazdrosna, bo miała te szpilki ładne, bo
kiecka była krótka, a na mnie by źle leżała. Chodzi o to, że dostałam po twarzy
od rzeczywistości.
Wypindrzona dziewczyna w Biedronce to
też i ja. To ja, jak głupia, o ósmej wieczorem robiłam sobie makijaż, żeby
pojechać na pięć minut do sklepu. To ja prasowałam sobie koszulę i spodnie, a
przecież mogłam wyskoczyć w szortach, które zdobiły mój tyłek przez cały dzień.
Ale nie! Taka już jestem i jak się okazuje nie ja jedna. Wszystkie tak mamy, że
chcemy wyglądać dobrze, możecie to sobie, drodzy Panowie, odnotować. I jeszcze
jedno. Chora bym była gdybym się nie próbowała usprawiedliwić, więc krótka historia,
dlaczego uważam, że bez makijażu straszę ludzi:
Jakiś
czas temu musiałam podrzucić coś babci. Oczywiście byłam bez makijażu.
Wykalkulowałam sobie, że przecież mam tylko wskoczyć i wyskoczyć, więc nikt
mnie nie zauważy. Zobaczyła mnie jednak sama babcia. Zaczęła nerwowo pytać czy
dobrze się czuję, bo strasznie zbladłam. Starałam się wytłumaczyć, że nie
zrobiłam makijażu, że nie wytuszowałam rzęs (pogrubione i wydłużone
samodzielnie dużo zmieniają), ale to tylko pogorszyło sprawę. Musiałam zostać i
zjeść podwójną porcję obiadu. Babci samopoczucie się trochę poprawiło, ale
Arielką nie jestem i dobrze wiem, że widelcem wyglądu sobie nie poprawię. Od
tamtej pory makijaż robię nawet wtedy, kiedy jadę do babci na herbatkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz