Jednym
propozycje pracy same wskoczą w łapki. Drudzy na pomysły będą wpadać
samodzielnie. Jeszcze inni za swoje przeznaczenie uznają zasiłki dla
bezrobotnych. Ach, te predyspozycje!
Internauci już szaleją, bo zaczyna się
rok akademicki. Memy o studentach i ich życiu krążą po sieci w najlepsze. Nie
wiem czym się tak zachwycać. Naprawdę. Chociaż pod wpływem narkotyku „wiedza”
będę do końca życia, zawsze będę go miała w niedostatku, ale mimo wszystko
będzie trzeba jakoś kontynuować tą marną egzystencję na naszym łez padole.
Wzięło mnie na jakieś sentymentalne wywody. Może dlatego, że wrzesień się
skończył, a mnie do metryki wskoczyła większa liczba. Nawet jeśli czuję się
inaczej, nie dam rady tego zmienić. Moi drodzy działo się we wrześniu, działo.
Nie ważne, że większość tego przegapiłam. O większości, dzięki łasce Latającego
Potwora Spaghetti, czy w co tam kto wierzy, dało się przeczytać. W końcu na
krześle, w kolejce do następnego lekarza, człowiek ma dużo czasu. A więc do
rzeczy.
Premier na początku minionego miesiąca
obwieścił wszem i wobec, że oto następuje kres kryzysu. Jednak wszyscy mieli to
gdzieś, bo ważniejsza okazała się nasza epopeja narodowa, która wyprowadziła
się od niewyobrażalnie krnąbrnych gimbusów do równie zachłyśniętych niby
dorosłym życiem licealistów. Eksperci zajmujący się ustalaniem listy lektur
chyba przypomnieli sobie o pewnej grze, którą pamiętam z dzieciństwa. Berbeć
miał za zadanie ułożyć obrazek z „pastylek” przesuniętych w nieswoje miejscana
planszy. Pamiętam, że przy dwunastu „pastylkach” moja wyobraźnia przestawała
działać. Ministerstwo lektur ma trochę więcej niż dwanaście. Konsekwencje tego
jedni krytykują inni chwalą, a jeszcze inna grupa ma wszystko w d… W tym
momencie nawet ja zaczynam się zastanawiać, czy aby pytania zamknięte nie były
środkiem na to edukacyjne zło. Naprawdę nie wiem co o tym myśleć.
Ostatnio zastanawiałam się nad czymś tak
długo, kiedy rozważałam wizytę u wróżki. Koleżanka obwieściła nam na babskim
spotkaniu, że u jednej była. Zrobiła to z taką radością, że byłam pewna, iż
wróżka nie jest wróżką, a jakąś czarodziejką. Myślałam. Myślałam. Zadzwoniłam.
Pojechałam. Zakładałam, że przepowie mi wielką karierę i jeszcze większe konto
w banku. O Błogosławione Kopytka, jakże się myliłam! Okazało się, że stoi obok
mnie pięciu mężczyzn. Większość to przystojniacy o absolutnie przypadającym do
mojego gustu wzroście. Jakie było zaskoczenie owej Pani, kiedy powiedziałam, że
żadnego nie kojarzę. Mimo to nie
zaprzestała lektury (czyta z kart). Okazało się, że będę miała dwójkę dzieci. W
tamtym momencie to ja doznałam w szoku! Nadal jestem pod jego wpływem, ale mam
nadzieję, że do ciąży mi przejdzie. W końcu wróżka sprowadziła mnie na ziemię i
zaczęła przedstawiać mi potencjalnych kandydatów na męża. Jeden szatyn, drugi
też. Trzeci z czarnymi włosami, ale wybuchowy, wiec powinnam sobie odpuścić. Czwarty
jakiś tam, a ostatni kochający podróże blondyn. Natychmiast powiedziałam
kobiecie, że może skończyć, bo biorę blondyna i spadam.
Z nadzieją, że wyląduję na jakimś
zadupiu z dużą liczbą mieszkańców-inteligentów i chociaż jedną lokalną gazetą
wróciłam do domu. Przecież kasa do życia jest potrzebna, a ja umiem tylko
pisać. Przecież w Polsce to tylko staż. Wiadomo. „Więcej możliwości, więcej
predyspozycji, wszystkiego”… u nas, zwykły człowieku, nie uświadczysz. Dla
Ciebie jedynie i aż pełny etat z bonusem, bo bez podatków [czyt. bez pensji].
Cóż, kryzys się dopiero kończy, a pieniędzy jak nie było tak nie będzie. I tu
na scenę wkracza kolejna istota o magicznych zdolnościach, czyli Zaklinacz
Rostowski i jego zaczarowane pieniądze. Eksperci biją na alarm, że nasz budżet
bez zreformowania wydatków sztywnych (m.in. dotacje dla FUS i KRUS, wydatki na
obsługę długu publicznego czy wydatki na obronę narodową) będzie sobie hodować
jeszcze większą astmę,a oddech złapie tylko w okresie prosperity. Minister
finansów był tak dobry i nie podniósł nam podatku VAT, a zdemontowanie OFE to
przecież też nic takiego. Ja, o ile dożyję, na starość będę jadła kromkę
suchego chleba dziennie i piła zanieczyszczoną kranówę. O tym, że nie będę
miała hajsu na jakieś pigułeczki, kapsułeczki, zastrzyki czy inne wymysły
współczesnej medycyny wiem od dłuższego czasu.
W związku z powyższym chyba o zdrowie
powinnam zadbać teraz, póki utrzymują mnie rodzice. Przecież za stażowanie
grantów w postaci leków na „po przejściu na emeryturę” mi nie dadzą. Myślę, że
powinnam zacząć od programu zdrowotnego „pozbądź się swojego XXXXL”.
Przesadziłam? No nie wiem. Tak sobie
pomyślałam, że może jakiś sport. Rok temu w gorączce Euro uznałam, że czas
nauczyć się ganiać za tą piłką, która na ekranie telewizora moich żywicieli
wygląda jak zwykła biała kropka. Mnie
gorączka przeszła, ale w futbolowych szatniach znowu jest gorąco. Tak bardzo
grzeją ich te męskości, że czerwone słupki sięgają nawet mediów. Jednym zdaniem:
gej na boisku nie przejdzie. Ale inaczej sprawa ma się do homoseksualnych
kobiet. Przecież taki gorący, niezobowiązujący trójkącik z dwiema lesbijkami to
nic złego. Wygląda mi to podejrzanie, ale nie będę zagłębiać się dzisiaj w
temat mniejszości seksualnych.
Spokój nas ostatnio opuszcza, tolerancja
jednak rośnie, a głupota kwitnie. Z jednej strony nawet ja jestem za. Każdy
chce się pośmiać. Z drugiej strony wszędzie tylko zamachy. Normalnie strach się
bać/śmiać. Sprawa z 2010 roku wydawało się, że przyprawiona jest już bardzo
obficie, niektórym wydawało się nawet, że została już ugotowana. Ale nie od
dzisiaj wiadomo, że przypadki chodzą po ludziach. Po ekspertach też. Takim
sposobem padło na trzech panów. Wybrana w nie wiadomo jakim losowaniu trójca
tworzyła takie raporty z katastrofy, że aż prokuratura zainteresowała się skąd,
jak i dlaczego. Zaproszono trzech szanownych panów na „ploteczki” i okazało
się, że są tak zabawni, iż śmiech ogarnął pół Polski. Już wyjaśniam. Trzy lata
po tragedii okazuje się, że w Tu-154, w dwóch gaśnicach umieszczonych na
początku i końcu pokładu umieszczono trotyl w postaci żelatyny. Po wybuchu
wcześniej wymieniona substancja zamieniła się w karton. Ale uwaga! Nie taki
zwykły, karbowany. A jak komuś mało, to powiem więcej.
Po uderzeniu w ziemię do Tuska zadzwonił
Putin i powiedział: „Zadanie wykonane, sir!”. Muszę jednak zaznaczyć, że „w
sprawie katastrofy wiadomo mi tyle, ile napisano w gazetach”. Przecież przez
cały wrzesień tylko siedziałam. Taka sytuacja.
Słuchajcie, zastrzeżeń nie powinno być żadnych, bo w końcu prof. Jan
Obrębski (jeden z ekspertów komisji Macierewicza) powiedział: „Od kilkuletniego
chłopca interesowałem się bardzo lotnictwem, modelarstwem lotniczym, nawet
zdarzało się, że na święto lotnictwa siedziałem w samolocie bojowym w Białej
Podlaskiej. Oprócz tego wykonałem kilkaset godzin lotów odrzutowcami
pasażerskimi jako pasażer, przyglądając się, jak pracują skrzydła i silniki w
czasie lotu. W związku z tym czuję się dość kompetentny.”
Ponieważ w pisaniu jestem profesjonalnym
amatorem, mogę bez ogródek powiedzieć, że w tym miesiącu redaktorzy dzienników,
tygodników, portali internetowych naprawdę mieli o czym pisać. Ja ze spokojem
pochłaniałam wers po wersie podczas kolejnych wizyt u lekarzy. Po ponad
miesiącu, jakże owocnych spotkań, dowiedziałam się, że mam astmę. Później
wróciłam do domu i zobaczyłam masę świeczek na torcie. Pomyślałam życzenie i
zdmuchnęłam za jednym zamachem(sic!) wielki płomień, który o mały włos nie
spaliłyby moim rodzicom domu. Nie tylko ja tak dmucham. Rynek też dmucha i to
bezlitośnie. Wczoraj swoje rzeczy z biurek zabrała do domu cała redakcja
„Przekroju”. Naczelnych wręcz uwielbiałam, ale publicyści i inni dziennikarze,
też zagościli w moim sercu (i umyśle) i mam nadzieję, ze szybko z niego nie
uciekną.
Coś się kończy, coś zaczyna. Uczniowie
po miesiącu w polskiej szkole pewnie już zdążyli zabić swoje talenty. Studenci
muszą znowu nauczyć się udawać, że się uczą. Pokolenie moich rodziców może
powoli pożegnać się z emeryturą, a ja z jakąkolwiek wypłatą i moi rówieśnicy(humaniści
w szczególności) również. Mnie już
składali życzenia, więc teraz ja kilka złożę Wam. Wszystkim życzę oczywiście
jak najlepiej. Wyżej wymienionym wytrwałości i cierpliwości, powodzenia w
szukaniu pracy i pomysłowości w kreowaniu swojego zawodowego życia. Emerytom
zdrowia, bo trzeba być zdrowym, żeby chorować. Dzieciakom życzę, żeby rodzice
czytali im jakieś stare bajki, bo jak się dowiedzą, że mogą zostać twarzą
rajstop, to pewnie szkołę rzucą zanim w ogóle do niej pójdą.
Na koniec o początku. Mam w końcu plan
na siebie. Odbyłam kilkaset godzin ćwiczeń na stanowisku burmistrza w grze
SimCity. W związku z tym czuję się dość kompetentna, by startować na stanowisko
prezydenta Warszawy. Co z tego, że jestem za młoda? Co z tego, że nie mieszkam
w Warszawie?
Wiem jak wygląda Pałac Kultury i
Nauki. A ja przecież jestem hardcorem.
Ekspertem Hardcorem!
A teraz wybaczcie, bo muszę zrobić
telefoning do wróżki i zapytać jakie będę miała poparcie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz