Każdy
dobrze wie, że okres świąteczny zaczyna się na długo przed samymi świętami
Bożego Narodzenia. W tym roku moja znajoma „Last Christmas” w radiu usłyszała
już w sierpniu. Nie wiem komu się pomyliło, albo i nie, ale doskonale wiem, w
którym sklepie ubrana w kolorowe bombki choinka stoi od połowy października.
Myślę, że sama
ze świątecznymi przygotowaniami tak bardzo nie przesadziłam, bo zaczęłam je
dopiero w połowie listopada. Wszyscy wiedzą, że każde jedzenie ma swoją datę
ważności. Ja też. W związku z powyższym rozpoczęłam od przygotowywania bombek,
które i tak nie będą wisiały na świątecznym drzewku w domu moich rodziców. Tak
bardzo spodobały się kilku osobom, że jeszcze na nich zarobiłam. W sumie to
grosze, ale po bombkach zostało już tylko kilka zdjęć. Ok, jedną sobie
zostawiłam. I tak jej nie powieszę, bo waży z ćwierć kilo, a gałązki żywej
choinki są zazwyczaj zbyt wątłe, żeby tak się nad nimi znęcać, no ale jest
kolorowa. Tak na marginesie to cieszę się, że komuś się spodobały. Wiecie jak
mi się poziom samooceny podniósł? Nie, nie. To było pytanie retoryczne. Podnosi
mi się co chwilę. Tylko po to, żeby w sekundzie upaść jak W-Z’ka w moim
wykonaniu (o tajnikach mojej kuchni innym razem). Wracając do bombek. Moje
palce, w szczególności kciuk u prawej ręki, plus temperówka są w stanie
krytycznym. Powiem Wam jedno. Dla mnie rzeczy niemożliwe nie istnieją. Szpilki
miały się zmieścić. Koniec. Kropka. To, że jedna zachodziła na drugą wcale mnie
nie interesowało. Bombki miały się błyszczeć, więc cekiny nie miały wyjścia –
musiały się mocno poprzytulać. Do styropianu i do siebie.
Mój kompromis
w wydaniu świątecznym wygląda tak, że wszystko ma się dziać po mojej myśli. A
nie! Mój kompromis wygląda tak zawsze. Cekiny przytuliły się do siebie na
dobre, a ja nie mogę dotknąć swojego biednego paluszka. Zgodnie z zasadą
„Paluszek i główka to szkolna wymówka” odpuściłam sobie naukę niczego i
zaczęłam studiować przepisy na pierniki. Nie będę ukrywać, że tak jak zabawa w
przedszkolne zajęcia techniczne przychodzi mi z łatwością, tak zajęcia
kulinarne to dla mnie nie lada wyzwanie. Moje kuchenne rewolucje doprowadzają
połowę moich znajomych do łez. Ewentualnie do bólu brzucha. Jestem pewna, że
pogłębiają również zmarszczki mimiczne większości ludzi, którzy wystarczy, że tylko
słyszą o moim aktywnym pobycie w kuchni. Tak, same plany upichcenia czegoś
przeze mnie sprawiają, że ludziom znacznie poprawia się humor. Muszę przyznać,
że jak przy każdej regule, tak i przy tej są pewne wyjątki. W moim przypadku
konkretnie trzy. Mama, która uważa, że robię niemiłosierny bałagan. Babcia,
która twierdzi, że marnuję 3/4 produktów. Mój brat, który denerwuje się przy
każdym moim ruchu. Raz boi się, że popsuję mikser albo jakieś inne cudo. Innym
razem mówi, że to co robię jest jedynie marnowaniem pieniędzy i czasu, bo
przecież i tak nie umiem przyrządzić nic jadalnego.
Wiecie co? Nie
mam zamiaru się tymi opiniami martwić. Tak jak nikt nie przejmuje się bałaganem
w moim pokoju, spowodowanym świątecznymi przygotowaniami, tak jak nie będę się przejmowała,
że nie robię czegoś według ogólnie przyjętych zasad. Wiem, że perfekcyjnie
robię jedną rzecz. Wariata. Z siebie. I jakoś wcale mi to nie przeszkadza.
Naturalnie dopóki ktoś nie rozchoruje się z powodu bólu mięśni brzucha. Wtedy
zaczynam się martwić, że jestem w tym za dobra.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz