Zniechęcona
wagą zrobionych przeze mnie bombek, uznałam, że zrobię trochę piernikowych
ciasteczek. Na choinkę oczywiście. Skoro bombki, czego jestem w stu procentach
pewna, złamałyby każdą gałązkę świątecznego drzewka, uznałam, że moje
niejadalne pierniki idealnie je zastąpią.
Właśnie
wyjechałam na przedświąteczne wakacje do akademika, żeby nie zwariować, za
szybko. Swoje przygotowania do świąt na jakiś czas zawieszam, bo zaczęłam
jednak za wcześnie i gdybym miała dalej realizować plany typu, umyję okna,
posprzątam, kupię prezenty, zapakuję prezenty, przygotuję dwanaście potraw,
Wigilię musiałabym zrobić w Mikołajki. Dobrze, nie będę już kłamać. Wigilii
nigdy sama nie robiłam. Czasem pomogłam w sprzątaniu, co zawsze kończyło się na
kilku potłuczonych szklankach i brakach w świątecznej zastawie. Ewentualnie
pomagałam w przygotowywaniu jedzenia, co kończyło się moimi bólami brzucha, bo
przecież ile surowego ciasta drożdżowego można zjeść. Jeśli obiecacie, że nie
powiecie nic mojej babci, to przyznam, że moim zdaniem wcale nie to surowe
ciasto mi tak szkodziło, a mieszanka, wszystkiego, co akurat można było włożyć
do buzi, przegryźć i połknąć. Mieszanka w moim wykonaniu zawsze potrzebowała
jakiegoś chemicznego ulepszacza w postaci różowej oranżady. O tym, że ten pełen
bąbelków trunek mi szkodzi skutecznie przekonałam się jakieś dziesięć lat temu,
ale opowieść o czereśniach sprzedam Wam innym razem.
Wracając do
kuchni, ze swoimi dwiema lewymi rączkami, chciałam się pochwalić, że zaczęłam
robić pierniki. Tak. Ja. W kuchni. Wiem, że teraz Wasza wyobraźnia pracuje na
najwyższych obrotach, a jednak to możliwe. Oczywiście nie obyło się bez wpadek.
Nawet stojąca obok mnie i z uwagą przyglądająca się moim poczynaniom babcia nie
sprawiła, żeby piernikowy wyczyn obył się bez potknięć. Wszyscy się starali.
Mój brat ciągle tylko krzyczał, żebym czegoś nie wrzucała, bo jeszcze za
wcześnie. Zawsze robiąc jakieś ciasto mam nadzieję, że w końcu uda mi się
wrzucić wszystko do jednej miski, zmiksować, wylać na blachę i wsadzić do
rozgrzanego piekarnika. Byłoby łatwo, ale jakże nudno. [O piernikach! O
piernikach!]* Wcisnęli mi duży garnek, bo powiedziałam, że „robię z półtorej
porcji”. Wrzuciłam masło i natychmiast nad nim pojawiła się miseczka z
odmierzonym cukrem. W sekundzie wszyscy zebrani zaczęli krzyczeć. Tak. Dla
moich bliskich to nie lada przedstawienie, kiedy staję przy kuchennym blacie.
Okazało się, że muszę najpierw mikserem potraktować samo masło. Posłuchałam.
Masło wkręciło się w widełki i za cholerę nie chciało wyjść. Łyżeczka.
Dłubanie. Ok, w końcu ten cukier. Później przyszedł czas na miód. Jedna porcja
to ½ szklanki, więc wlałam słoiczek. Do teraz zastanawiam się jak policzyłam,
że półtorej porcji to 370 g. Ze śmiechu położyłam się prawie na podłodze.
Załamani obserwatorzy położyli się na stole. Dorobiłam jeszcze trochę masła,
dodałam cukru. Wsadziłam wszystko, do dużego garnka i zaczęłam mieszać. Babcia
się upierała, że zważyłam masło, a ja na to, że nawet nie wyjęłam wagi. W końcu
jednak grudki zniknęły. Duma mnie prawie rozerwała. Mąka zasłaniała całą
stolnicę, ale na szczęście wytworzona, z przygodami, masa się zmieściła.
Wyrobiłam ciasto, brudząc przy tym połowę podłogi, nie mówiąc o blacie czy
ścianie do niego przylegającej.
Teraz ciasto
leży grzecznie w lodówce i czeka aż wrócę do domu, żeby wyciąć gwiazdeczki,
dzwoneczki i kółeczka. Boję się, że mimo wszystko zbyt gładko mi poszło, żeby
teraz poszło już zupełnie z górki. Masa jakoś szyderczo się do mnie uśmiechała.
Chyba, że podczas tych zbyt wcześnie rozpoczętych przygotowań już zupełnie mi
odbiło. No ale sami spójrzcie na to zdjęcie.
*Czasem muszę
przywołać się do porządku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz