środa, 27 listopada 2013

ŚWIĘTA: JAK PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO ŚWIĄT CZ. 2

Zniechęcona wagą zrobionych przeze mnie bombek, uznałam, że zrobię trochę piernikowych ciasteczek. Na choinkę oczywiście. Skoro bombki, czego jestem w stu procentach pewna, złamałyby każdą gałązkę świątecznego drzewka, uznałam, że moje niejadalne pierniki idealnie je zastąpią.


Właśnie wyjechałam na przedświąteczne wakacje do akademika, żeby nie zwariować, za szybko. Swoje przygotowania do świąt na jakiś czas zawieszam, bo zaczęłam jednak za wcześnie i gdybym miała dalej realizować plany typu, umyję okna, posprzątam, kupię prezenty, zapakuję prezenty, przygotuję dwanaście potraw, Wigilię musiałabym zrobić w Mikołajki. Dobrze, nie będę już kłamać. Wigilii nigdy sama nie robiłam. Czasem pomogłam w sprzątaniu, co zawsze kończyło się na kilku potłuczonych szklankach i brakach w świątecznej zastawie. Ewentualnie pomagałam w przygotowywaniu jedzenia, co kończyło się moimi bólami brzucha, bo przecież ile surowego ciasta drożdżowego można zjeść. Jeśli obiecacie, że nie powiecie nic mojej babci, to przyznam, że moim zdaniem wcale nie to surowe ciasto mi tak szkodziło, a mieszanka, wszystkiego, co akurat można było włożyć do buzi, przegryźć i połknąć. Mieszanka w moim wykonaniu zawsze potrzebowała jakiegoś chemicznego ulepszacza w postaci różowej oranżady. O tym, że ten pełen bąbelków trunek mi szkodzi skutecznie przekonałam się jakieś dziesięć lat temu, ale opowieść o czereśniach sprzedam Wam innym razem.


Wracając do kuchni, ze swoimi dwiema lewymi rączkami, chciałam się pochwalić, że zaczęłam robić pierniki. Tak. Ja. W kuchni. Wiem, że teraz Wasza wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, a jednak to możliwe. Oczywiście nie obyło się bez wpadek. Nawet stojąca obok mnie i z uwagą przyglądająca się moim poczynaniom babcia nie sprawiła, żeby piernikowy wyczyn obył się bez potknięć. Wszyscy się starali. Mój brat ciągle tylko krzyczał, żebym czegoś nie wrzucała, bo jeszcze za wcześnie. Zawsze robiąc jakieś ciasto mam nadzieję, że w końcu uda mi się wrzucić wszystko do jednej miski, zmiksować, wylać na blachę i wsadzić do rozgrzanego piekarnika. Byłoby łatwo, ale jakże nudno. [O piernikach! O piernikach!]* Wcisnęli mi duży garnek, bo powiedziałam, że „robię z półtorej porcji”. Wrzuciłam masło i natychmiast nad nim pojawiła się miseczka z odmierzonym cukrem. W sekundzie wszyscy zebrani zaczęli krzyczeć. Tak. Dla moich bliskich to nie lada przedstawienie, kiedy staję przy kuchennym blacie. Okazało się, że muszę najpierw mikserem potraktować samo masło. Posłuchałam. Masło wkręciło się w widełki i za cholerę nie chciało wyjść. Łyżeczka. Dłubanie. Ok, w końcu ten cukier. Później przyszedł czas na miód. Jedna porcja to ½ szklanki, więc wlałam słoiczek. Do teraz zastanawiam się jak policzyłam, że półtorej porcji to 370 g. Ze śmiechu położyłam się prawie na podłodze. Załamani obserwatorzy położyli się na stole. Dorobiłam jeszcze trochę masła, dodałam cukru. Wsadziłam wszystko, do dużego garnka i zaczęłam mieszać. Babcia się upierała, że zważyłam masło, a ja na to, że nawet nie wyjęłam wagi. W końcu jednak grudki zniknęły. Duma mnie prawie rozerwała. Mąka zasłaniała całą stolnicę, ale na szczęście wytworzona, z przygodami, masa się zmieściła. Wyrobiłam ciasto, brudząc przy tym połowę podłogi, nie mówiąc o blacie czy ścianie do niego przylegającej.

Teraz ciasto leży grzecznie w lodówce i czeka aż wrócę do domu, żeby wyciąć gwiazdeczki, dzwoneczki i kółeczka. Boję się, że mimo wszystko zbyt gładko mi poszło, żeby teraz poszło już zupełnie z górki. Masa jakoś szyderczo się do mnie uśmiechała. Chyba, że podczas tych zbyt wcześnie rozpoczętych przygotowań już zupełnie mi odbiło. No ale sami spójrzcie na to zdjęcie.


*Czasem muszę przywołać się do porządku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz