Święta, święta i po świętach. Zamieszania tysiąc
pińcet sto dziewieńcet. Prezenty rozdane. Kolędy wymruczane. Opłatek zjedzony,
nawet ten dla zwierząt (kto by pogardził opłatkiem). Teraz czas na wspomnienia
o przygotowaniach. Może Wy macie dość, ale ja mam co wspominać. A każdy ma już
najgorsze za sobą (przygotowania), więc może pośmiać się ze mną.
Generalnie nie lubię robić zakupów „na
hura”, na ostatnią chwilę. To znaczy robię czasem zakupy na „hura”! Czasem
nawet często. Wiąże się to oczywiście z pieniędzmi. Coś w stylu mam trochę
wolnej kasy, to puszczę ją z torbami. Ewentualnie z butami albo jakimś
fatałaszkiem. A co! Niech idą w cholerę.
W tym roku teoretycznie zaliczyłam
siebie do grupy kupujących prezenty miesiąc przed świętami. Dawne czasy! Takie
dawne, że zapomniałam o jednym odłożonym na później podarunku. Gdybyście
widzieli to przerażenie w moich oczach. Na szczęście szybko się opamiętałam.
Odpaliłam Google i wpisałam: „prezent dla babci”. No i wtedy się zaczęło…
Byłam akurat w akademiku. Wcześniej
poprosiłam o pomoc współlokatorkę, ale ponieważ jedynie wzruszyła ramionami
zaczęłam internetowe poszukiwania. Opowiadałam Jej jakie pomysły podsuwa mi
wyszukiwarka, a nasze humory poprawiały się z minuty na minutę. W końcu
miałyśmy już tak poprzewracane w głowach, że śmiałyśmy się z niczego. Nagle
zobaczyłam na ekranie ciekawą figurkę.
- Patrz! Moja babcia jest wdową. W sumie
jest jeszcze młoda. Może bym Jej taką figurkę kupiła? – Zapytałam żywo
zainteresowana zdjęciem, które wyskoczyło nie wiadomo dlaczego.
-Świętego Franciszka? – Zapytała
zdziwiona moim poważnym wyrazem M.
-A to święty Franciszek jest patronem
wdów? – W tym momencie ja byłam jeszcze bardziej zdziwiona.
Usłyszałam tylko krótkie „Nie wiem”.
Wtedy M. podeszła do mojego komputera. Spojrzała na monitor i razem
wybuchnęłyśmy śmiechem.
Cała historia pewnie jest mało zabawna,
bo nie opowiadam jej bezpośrednio. W pisemnych przekazach raczej jestem mniej
komiczna, bo literami nie namaluję Wam ani mojej gestykulacji, ani mojego
głosu. Tak więc pozostaje Wam wyobrazić sobie jak to wszystko musiało wyglądać.
Teraz, po Wigilii, mogę powiedzieć, że i
tak znalazłam (z pomocą brata) najlepszy prezent dla babci. Kiedy go rozpakowała,
żaden inny się nie liczył. Powiedziała wszystkim, że właśnie ten jest numerem
jeden, a ja przed całą rodziną odtańczyłam triumfalny taniec. Oczywiście chwilę
później wszyscy usłyszeli historię o figurce świętego Franciszka, który zapewne
stanął na jakimś weselnym torcie. Bo przecież nawet babcia z dziadkiem mają
prawo potańczyć na swoim weselu.
fot. movitos.info
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz