Książki
bywają różne. Potrafią bawić, wywoływać łzy, przerażać albo intrygować. Jednak
zdarzają się takie, po których mamy ochotę wsiąść w pierwszy lepszy środek
transportu, który zabierze nas do autora i wytłumaczyć mu, jak bardzo jego
dzieło zmarnowało nasz cenny czas. Dlaczego tak się dzieje? I dlaczego
zazwyczaj chodzi o szkolne lektury?
Każdy z nas ma swoje ulubione książki.
Zazwyczaj nie są to jednak te wskazane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej.
Zawsze zastanawiało mnie dlaczego czytanie nie było moim ulubionym zajęciem,
kiedy byłam uczennicą. Pomimo tego, że liceum opuściłam już jakiś czas temu to
pytanie nadal nie przestaje mnie nurtować. Oczywiście znalazłam kilka teorii,
ale chyba jestem umysłowo ograniczona, bo wciąż nie wiem dlaczego to zjawisko
nie ominęło praktycznie nikogo z moich znajomych. Każda z zapytanych przeze
mnie osób była w stanie podać nawet kilka lektur, przez które miała zamiar już
nigdy niczego nie przeczytać. Jednak kiedy przychodziło do wymienienia trzech
ulubionych książek, nikt nie umieścił na podium szkolnej lektury. Może
znalazłam za mało „ankietowanych”. Może trzy pozycje to za mało miejsca, żeby
zmieścił się tam jakiś szkolny „bestseller”. Może pytałam ludzi, którzy tak
naprawdę wcale nie lubią czytać.
Szczerze mówiąc, całe to szukanie
przyczyny nie ma sensu. Obowiązek zazwyczaj kojarzy się z czymś nieprzyjemnym i
przy tej teorii zostańmy. Szczerzę przyznam, że chociaż ciągle powtarzam, że
byłam królową streszczeń i opracowań, to przeczytałam kilka pozycji z
obowiązującego ówcześnie kanonu. I nawet znalazłam parę, które lubię. Albo
lubiłam. Ok, do rzeczy.
Lista moich lekturowych bestsellerów:
„O
psie, który jeździł koleją” R. Pisarski – W sumie to
opowiadanie, ale kiedy ma się dziewięć lat, liczy się jako książka. Historię
Lampo lubię do dzisiaj, bo był moim pierwszym bohaterem.
„Janko
Muzykant” H. Sienkiewicz – Brak równouprawnienia,
„cudze chwalicie, swego nie znacie” i takie tam. Kiedyś smutne i niesprawiedliwe,
ale za to krótkie. Dzisiaj nabiera jakiegoś sensu. Zastanawiam się tylko
dlaczego dali mi to do czytania w podstawówce.
„Tajemniczy
ogród” F. Hodgson Burnett– Najprawdopodobniej
moja podświadomość kazała mi się utożsamiać z główną bohaterką powieści. Wprawdzie
nigdy nie byłam chorowitym dzieckiem, za to skutecznie terroryzowałam połowę
rodziny. A może nawet jakieś dziewięćdziesiąt procent. Nie ważne. Uwielbiałam
chodzić własnymi drogami i zamęczałam swoją dociekliwością każdego, kogo w
danym momencie spotkałam. Byłam dziwna i potrafiłam głośno krzyczeć.
„Akademia
Pana Kleksa” J. Brzechwa – Marzyłam o ubraniach z
kieszeniami, jakie w swoich płaszczach miał Pan Kleks, które mieszczą zawartość
połowy mojego mieszkania. Dzisiaj noszę takie torebki.
„Tango”
S. Mrożek – Rodzina w krzywym zwierciadle. Świat na opak, czyli obraz rodziny,
którą kiedyś przyjdzie mi stworzyć, przysłany pocztówką z przeszłości. I ta „La
cumparsita”. Swoją drogą, kiedy Rodriguez pisał ten utwór miał tyle lat, ile ja
mam teraz.
„Ferdydurke”
i „Trans-Atlantyk” W. Gombrowicz –
Uwielbiam za poruszane kwestie, za styl, za spojrzenie na rzeczywistość
(chociaż to już chyba o samym autorze). I jeszcze za to, że czasem muszę wrócić
do poprzedniej strony, bo zgubiłam wątek. Gombrowicz sobie ze mną pogrywa, ale
przecież kto się lubi ten się czubi. Gdybym miała się urodzić dawno temu,
mogłabym być Ritą.
I to by było tyle. Dodam jeszcze, że
szczerze nienawidziłam „Dzieci z Bullerbyn” i „Ani z Zielonego Wzgórza”. Całą
resztę wręcz kocham, bo nigdy jej nie przeczytałam. Drodzy przyszli maturzyści,
kłóćcie się kiedy będą Wam wmawiać, że nie zdacie matury, bo czegoś nie
przeczytaliście od deski do deski. Jeśli zabierzecie ze sobą trzeźwą głowę na
egzamin dojrzałości, zdacie bez problemu. Niech żyją streszczenia!

Ja nie trawię Sienkiewicza i to do dziś. Lektury (poza Potopem przez, który nie przebrnęłam) czytałam... z poczucia obowiązku. Wtedy też szkolna lista wydawała mi się głupia. Dziś patrzę na to inaczej (może dlatego, że jestem po drugiej stronie barykady ;)) Dzieci powinny spotkać się z klasyką, nawet jeśli im to nie w smak. Lektury nie mogą być układane podług przeciętnych gustów, choć, trzeba przyznać, że nie wszystkie są trafione. Za tzw. "moich czasów" było też trochę propagandowych książeczek o młodzieży socjalistycznej :)
OdpowiedzUsuńZgadzam się, że klasyka jest istotna (nie tylko dlatego, że trzeba zdać egzamin).
UsuńGdybym jednak miała wrócić do szkoły, chciałabym żeby nauczyciele mieli więcej swobody w dobieraniu lektur. I chociaż brakuje na to czasu, byłoby świetnie gdyby uczniowie mogli chociaż raz w roku wybrać dwie książki o podobnej tematyce i przeczytać je z podziałem na grupy (w jednym czasie dwie grupy czytają różne książki i na zajęciach reprezwntują stanowiska swoich bohaterów). Lekcje z pewnością zostałyby wzbogacone o ciekawe spostrzeżenia, a uczniowie mieliby szansę na dłuższą i trochę inną dyskusję.
P.S. Chylę czoła przed wszystkimi nauczycielami, którzy nie tylko wymagają, ale potrafią też, mimo wszystko, zarazić swoją pasją. Oczywiście również przed tymi, którzy zarażali mnie ;)