Idzie
wiosna! Pierwsze skojarzenia? Słońce, kocyk, grill i oczywiście doborowe
towarzystwo. Jednak w tym roku, wbrew swojej naturze, spróbowałam zastosować
zasadę „najpierw obowiązki, później przyjemności”. Mama byłaby ze mnie dumna.
Kilka dni temu zaczęłam robić wiosenne
porządki. Po tym jak pendrive „zjadł” parę istotnych dla mnie plików uznałam,
że świat się nie skończył, a technologia czegoś mnie nauczyła. Doszłam do
wniosku, że najwyższy czas pożegnać się z tym, co mniej wartościowe lub od
dawna nieużywane. Takim sposobem wydedukowałam, że przyszedł czas na
opróżnianie szaf, szuflad i komód w moim pokoju. Jak na rasowego chomika
przystało zaczęłam oczywiście od posprzątania innych części domu, byleby jak
najdłużej posiadać to, co udało mi się dotychczas uzbierać. Niestety nadszedł
również czas na moje skarby. Usiadłam w kącie rano i nie wyszłam stamtąd do
wieczora następnego dnia. Każda książka, każda skarpetka, a nawet kartka z
zakupami, które miałam zrobić pół roku temu, nie mogły uniknąć szczegółowej
rewizji. Tak, czepianie się szczegółów to mój największy problem kiedy
przychodzi mi pozbyć się starych rupieci. Ludzie potocznie zwą to
sentymentalizmem.
Zawsze wydawało mi się, że najszybciej
wyrzucam ubrania, ale kilkadziesiąt godzin temu mój światopogląd uległ
diametralnej zmianie. Po tym jak wyrzuciłam górę gazet (naprawdę nie wiem jakim
cudem potrafię tyle tego uzbierać) i kilka starych podręczników, które w
świecie ciągłych reform nikomu się już nie przydadzą, do pokoju wjechało
kolorowe pudło. Okazało się, że nie wiem nawet, co w nim jest. Nie mam pojęcia,
za co los wynagrodził mnie ludźmi, którzy nie wyznają zasady „co z oczu to z
serca”. Jednak jestem mu wdzięczna, bo dzięki temu okazało się, że kilka
miesięcy temu pozbyłam się ubrań, które miałam na sobie może raz. Ważne jest
też to, że większość z nich nadaje się nadal do noszenia (czyt. nadal są „w
modzie”). Kilka odłożyłam dla niższych znajomych, bowiem zdarza mi się kupić
piękną bluzkę, która kilka dni później sięga mi do pępka. Za każdym razem
jestem w stanie przysiąc, że w sklepie była dłuższa, ale mniejsza o to.
Zdarzają się też podczas mojego
sprzątania bardziej zaskakujące sytuacje. Czasem, a właściwie to zawsze, po
takich wiosennych porządkach okazuje się, że mam w szafach mniej miejsca niż
przed sprzątaniem. Gdybym powiedziała to publicznie jakiś czas temu pewnie
znudzeni naukowcy rozpoczęliby prowadzenie specjalistycznych badań, ale dzisiaj
jest to już co najmniej niepotrzebne. Sama rozpracowałam to zjawisko bardzo
wnikliwie. Okazuje się, ze mam pewien system. Zawsze podczas sprzątania zamykam
się na długie godziny w swoim pokoju. Kiedy zapełnię pudełka niepotrzebnymi
szpargałami, otwieram drzwi i wystawiam je na korytarz. Zazwyczaj jest ich
kilka, więc kiedy wracam do pokoju po kolejne za mną prześlizguje się ładne,
kolorowe pudełko zapełnione rzeczami, które z pokoju wyniosłam pół roku
wcześniej.
Zagadka rozwiązana. Takim o to sposobem
łamię wszelkie prawa natury, fizyki i innych dziedzin. Opróżniając jednocześnie
napełniam. I to nie powietrzem, a kolejnymi niepotrzebnymi nikomu klamotami. W
tym procesie czuję się uniewinniona od zarzucanego mi czynu zagracania własnego
pokoju. Wszystkiemu winne są wjeżdżające pudełka.
*fot. Courtney Rhodes

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz