Okres
matur trwa w najlepsze. Prace licencjackie, inżynierskie i magisterskie pewnie
też właśnie się piszą. A Ci, którzy dochrapali się w końcu jakiegoś etatu
zapewne tworzą kolejną tabelkę w Excelu. Tworzenie czegokolwiek jest do bani!
Artyści, nie artyści, każdy w swoim
życiu coś tam próbował napisać. W związku z tym dobrze wiecie jak to jest,
kiedy w głowie przeciąg, a Wy nie wiecie gdzie są drzwi. Nie wiem czy
ktokolwiek zrozumie co miałam na myśli, ale nie wytnę tego zdania. A teraz do
rzeczy.
Jeśli nie pamiętacie już jak to jest
ślęczeć nad pustą kartką papieru i nie mieć pojęcia jakie słowo powinno wylądować
na niej jako pierwsze, nie musicie się martwić. Przypomni Wam o tym trylion
reżyserów. Oni też czasem nie wiedzą o czym zrobić film (albo serial) i wtedy
kręcą o tych, co nie wiedzą co napisać. Nie mam zielonego pojęcia czy bardziej
ich nienawidzę czy kocham. Gdyby tak popatrzeć na kilka z zagranicznych
produkcji można się załamać na samym starcie.
„Hemingway & Gellhorn” – główny bohater
kończy gniotąc kartki, a z filmu wynika, że jak się je gniecie to już koniec
pisarstwa.
„L Word” – Jenny doprowadzała mnie do
szału! Ryczy bez przerwy. Albo nie może nic napisać albo nie wie czy kocha
swojego narzeczonego albo tęskni za Mariną. Nigdy nie wie czego chce. Bycie
pisarzem wykańcza psychicznie.
„Dziewczyny” – Hanna w ostatnim odcinku
drugiego sezonu ścina swoje i tak nie najpiękniejsze włosy i wszystko wskazuje
na to, że trafi do zakładu zamkniętego.
„Godziny” – Virginia Woolf ma depresje,
myśli samobójcze itd.
„Plotkara” – Po tym jak Dan wydaje „Inside”
wszyscy zaczynają go nienawidzić. W szóstym sezonie zrobiło się jeszcze
ciekawiej, ale nie będę Wam spoilerować, bo może ktoś jest opóźniony o ponad
rok albo nigdy nie słyszał o tej operze mydlanej opowiadającej o bananowej
młodzieży z New York City. No dobra, nie będę niemiła. Z Upper East Side.
Generalnie rzecz biorąc najbardziej
pozytywna scena z tych, w których piszący się zacinają pochodzi z serialu „Niskozatrudnieni”.
Sophia nie wie co napisać i zaczyna grać w … coś. Angry Birds? Nie pamiętam. Nie
ważne. Chodzi mi o to, że jedni skończą upici, naćpani albo martwi. Drudzy będą
mieli na koncie bestseller. Następni coś tam napiszą, coś tam zaprezentują, ale
bez większych fajerwerków. Są też tacy, którzy usiądą, zaczną pisać i nic z
tego nie wyjdzie.
W każdym razie całe to pisarstwo
zazwyczaj zaczyna się tak samo:

















A najgorzej kiedy wiesz, że to co publikujesz nie ma sensu. Tak jak dzisiejszy tekst. Zwalniam się! Idę na prezenterkę do You Tube!
Żartowałam. Za tydzień znowu napiszę coś bez sensu.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz