Mówią,
że małe dzieci, to mały kłopot, a duże dzieci duży kłopot. Wyedukowanie potomka
jest nie lada wyzwaniem. Wcale nie jest darmowe i tak naprawdę do końca nie
wiadomo czy w ogóle ma sens.
Przeciętna kobieta, która spodziewa się
dziecka zazwyczaj jest bardzo podekscytowana i martwi się jedynie o zdrowie
malucha. Ponieważ nie planuję jeszcze powiększania rodziny mogę się pobawić w
racjonalistkę. Nie wiem na jaką cholerę czytam te wszystkie artykuły o
szkolnictwie, o darmowych elementarzach, zajęciach dodatkowych, sześciolatkach
w szkole i tym jak zachować się w sytuacji, kiedy dziecko zaczyna na nas coś
wymuszać płaczem. Muszę jednak przyznać, że całkiem ciekawych rzeczy się z tych
wypocin najróżniejszej kategorii redaktorów dowiaduję. Mimo całej masy
informacji przeznaczonej głównie dla rodziców znalazłam też coś dla siebie. Coś
w rodzaju pocieszenia i wytłumaczenia, ale od początku.
W ubiegłym tygodniu w Gazecie Wyborczej
ukazał się cykl reporterski „Ile kosztuje dziecko?”. Redaktorki podsumowały
wydatki potrzebne na odchowanie potomka i podzieliły to na cztery etapy. Wyliczenia
jasno pokazują, że wychowywanie dziecka może okazać się nie lada wyzwaniem.
Wersja ekonomiczna kosztuje ponad 110 tysięcy, a ekskluzywna prawie 1,3 miliona
złotych. Nie dziwię się moim trochę starszym znajomym, że z powiększaniem
rodziny chcą czekać do momentu osiągnięcia jakiejś stabilizacji finansowej. Szczerze
mówiąc też chciałabym, żeby moje dziecko miało jeszcze lepiej niż ja, a to
raczej trudne do osiągnięcia. Wielu uważa, że miłość jest najważniejsza, a ja konsekwentnie
będę się upierać, że bez kasy niewiele się zdziała.
Z pieniędzmi wiąże się też mała afera
dotycząca bezpłatnego podręcznika dla pierwszoklasistów, który łudząco
przypomina „Elementarz klasy pierwszej” z 1993 roku. Wydawnictwa Szkolne i
Pedagogiczne rozgrzewają się więc przed sądową batalią, bo są pewni, że dzieło
MEN-u to plagiat. Tak jak Picasso miał swój styl, tak i pedagożka Monika Lorek
ma swój. Będąc współautorką obu projektów trudno się nie domyślać, że podręczniki
będą do siebie podobne, poza tym ministerstwo wciąż poprawia wszystko, co jeszcze
nie zagrało. Wgląda na to, że nie wiadomo o co chodzi. Mając w tyle głowy stare
porzekadło o pieniądzach wystarczyło tylko poczekać aż wypłynie jakaś kasa.
Gruba kasa. Wydawcy na podręcznikach mogą bowiem zarobić nawet 800 milionów, a
darmowy elemntarz uszczupli ich zyski nawet o kilkadziesiąt procent. Więc
walczą z rządem. Cała ta sprawa z „Naszym elementarzem” wyciszyła trochę głos rodziców
sześciolatków.
Chciałbym napisać o tym więcej, ale
zaraz znudzi Wam się czytanie, więc krótko. Z tymi sześciolatkami wyszło tak,
że Elbanowscy (Ci od nawoływania o tym, że puszczanie malców do szkoły to zły
pomysł) wcale nie mieli racji. Rodzice, którzy posłali dzieci do szkoły
wcześniej, są bardzo zadowoleni i aż 79 proc. podjęłoby taką decyzję jeszcze
raz. Mówią, że maluchy stały się bardziej samodzielne i zrobiły bardzo duże
postępy w nauce. Trudno się temu dziwić, bo w tym wieku dzieciaki są
przerażająco pojętne, a ich przenikliwość i krytyczność pozostaje na najwyższym
poziomie. Brzdące w wieku 3-5 lat są tak twórcze, że porównuje się ich do
geniuszy. W późniejszych latach kreatywność wśród młodych leci niestety na łeb,
na szyję. Wniosek? Szkoła uśmierca kreatywność, na siłę ucisza wyobraźnię i
przede wszystkim ogłupia.
Rodzice są spokojni, ale nauczyciele
mają już sporo obaw. Ci, którzy uczą najmłodszych boją się, że szkoły nie są do
końca przygotowane na sześciolatki. Nieprzygotowani czują się też sami
nauczyciele, ale to już w liceach. Za rok kolejna "nowa" matura, a na przykład
poloniści nie wiedzą jak będzie przeprowadzany egzamin ustny z ich przedmiotu.
W związku z tym nie wiedzą jak mają przygotowywać do niego przyszłorocznych
maturzystów. W liceum belfrowie wrócili do przedszkola i bawią się w głuchy
telefon, ale nie jest to już taka niewinna zabawa. Jedna nauczycielka idzie na
szkolenie i swoją wiedzę przekazuje reszcie ciała pedagogicznego
zainteresowanego danym przedmiotem. Tak przetworzoną papkę otrzymuje uczeń,
którego w sumie mało to wszystko obchodzi, bo przecież „jakoś to będzie”. Rację ma ten ostatni, bo „jakoś” jest zawsze.
Testocentryczny system, jaki teraz
funkcjonuje w polskim systemie szkolnictwa sprawił, że martwią się też rodzice.
Głównie o to czy dziecko dobrze wypadnie na kolejnej klasówce czy egzaminie.
Może i klucz odpowiedzi sprawia, że ocenianie uczniów jest bardziej czytelne i
ułatwia określenie poziomu ich wiedzy, ale jest też chyba podstawową przyczyną
wyścigu szczurów, bo na pewno nie rozwoju indywidualności. Dzieciaki przestają
kombinować jak dojść do konkretnych wniosków i zaczynają kombinować ile zadań
rozwiązać, żeby test zwyczajnie zaliczyć. Podstawową umiejętnością jaką
zdobywają uczniowie jest więc kalkulowanie ile wystarczy, żeby się nie
przemęczyć, ale też nie wrócić na tarczy. Prawdą jest, że ten duży wyż
demograficzny licea opuścił już jakiś czas temu, ale nadal na wyższe uczelnie
ustawia się długa kolejka. Dzisiaj na studia idzie prawie każdy i często mówi
się o studiujących analfabetach. Osobiście nie poznałam ani jednego, ale
pamiętam pierwsze zajęcia z algebry, na których profesor z oburzeniem wyrzucił
z siebie: „Niedługo na politechnice będziemy uczyć tabliczki mnożenia!” I miał
trochę racji, bo maturzyści często nie wiedzą czego chcą. Nie mając pomysłu na
siebie wybierają kierunki zupełnie nieodpowiadające im predyspozycjom, ale
teoretycznie dające perspektywę dobrze płatnej pracy. Życia się takimi posunięciami
nie wygra. Poza tym wiek emerytalny na pewno jeszcze skoczy w górę, o nowe
miejsca pracy ciągle jakby ciężkawo, a na dodatek pracodawcy grzmią, że
aplikantom brakuje miękkich kompetencji. Tylko gdzie je zdobyć skoro w szkole w
kółko uczą rozwiązywania testów?
Na dzień dzisiejszy bezrobocie wśród
osób z dyplomem wyższej uczelni sięga 20 procent, więc chyba dramatu nie ma.
Mimo wszystko nasuwa się pytanie ile osób pracuje poniżej swoich formalnych
kompetencji. Najsztub porozmawiał z Żakowskim i doszli do wniosku, że nieprędko
się coś zmieni, bo nasze pokolenie ma syndrom „przedkrytycznego pogodzenia” i
jeśli ktoś się nie zbuntuje będziemy „pipać” na kasach w Tesco albo w
call-center namawiać babcie, że internet jest im niezbędny do życia, chociaż
wcale nie umieją z niego korzystać. Generalnie rzecz biorąc jesteśmy
pokoleniem, które w ogóle niczemu się nie sprzeciwia i nie walczy o swoje.
Jeśli nie możemy znaleźć pracy godzimy się z tym i wracamy do rodzinnego domu.
A jeśli uda nam się zdobyć etat w korporacji jesteśmy w siódmym niebie i
godzimy się na wszystkie warunki, nie zastanawiając się czy praca do upadłego
ma jakikolwiek sens.
Z tego wszystkiego wynika, że kasa na
dziecko płynie szerokim strumieniem, ale nikt nie powinien się łudzić, że stopa
zwrotu na lokacie zwanej „edukacja potomka” będzie wystarczająco wysoka. Szkoły
póki co nie zamierzają wyławiać talentów, bo chyba uznały, że równouprawnienie
to sprowadzanie wszystkiego do jednego poziomu. Młodzi mają masę mądrych pytań,
ale podczas lekcji nie mają czasu na poszukanie odpowiedzi, bo trzeba
zrealizować program. Kiedy do klasy trafia młody utalentowany literacko człowiek,
najpierw musi się nauczyć równo pisać, a później myśleć według klucza. W
dzisiejszej szkole materiał jest tak ciasno upchnięty, że nie ma już miejsca
dla wyjątkowych sytuacji czy ludzi, a każdy kto chce sobie zająć miejsce
nienazwane dotąd przez system musi się z ogromnym uporem rozpychać rękami i
nogami. Poza tym najważniejsze jest to, że rodzice traktują szkołę jak
przechowalnię dzieci i jednocześnie jak jedynego wychowawcę dla ich pociech.
Otóż moi drodzy, jeśli ktoś decyduje się na dziecko, to musi liczyć nie tylko
pieniądze jakie będą potrzebne na jedzenie, ubrania czy edukację, ale także
czas. Nie ma się co łudzić, że w szkole wasze dzieci zdobędą tak bardzo dzisiaj
poszukiwane kompetencje miękkie. To zadanie należy do rodziców. W ich gestii też
leży przekazanie maluchowi, że jest wartościowym człowiekiem, że jeśli chce to
potrafi i że musi zawsze walczyć o swoje, bo nikt tego za niego nie zrobi.
Tylko na litość boską nie wystawiajcie sześciolatków do walk MMA, bo
zdecydowanie nie to mam na myśli, mówiąc o walce o swoje prawa.
*fot. Sean MacEntee https://flic.kr/p/9yn49x

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz