poniedziałek, 30 czerwca 2014

CO TO ZNACZY BYĆ NA DNIE?

Na postawione wyżej pytanie Stanisława Celińska odpowiedziała: „ Mówić co innego, niż się robi”. Czy nasz klasa polityczna sięgnęła już dna? Jeśli tak, to kiedy i dlaczego? A jak po tym wszystkim ma się IV władza?

Pani Celińska wypowiadając zdanie o dnie wprawdzie mówiła o alkoholizmie, ale jakoś dziwnie pasuje to do sytuacji, w której jeszcze kilka dni temu znajdowała się polska klasa polityczna. Prawdopodobnie będzie się w niej znajdować jeszcze bardzo długo. Po pierwsze afera podsłuchowa nadal jest na pierwszych stronach gazet, po drugie nie wierzę, że są na świecie ludzie, którzy nigdy nie użyli wulgarnego słowa, nie chcieli czegoś dla siebie ugrać (ok tu zdarzają się wyjątki) czy nie powiedzieli o kimś złego słowa.

Taśmy

Zawartość opublikowanych przez „Wprost” taśm wzburzyła większość Polaków. Mamy tendencję do narodowej histerii, co pokazaliśmy nie pierwszy raz, ale tym razem wydawało się, że przynajmniej są ku temu jakieś przesłanki. Może nie do polskiej histerii, ale na pewno do zdenerwowania. Niestety w ustach wielu polityków opozycyjnych partii szeroko komentowanymi treściami taśm były przerywniki intelektualne, jak ładnie określa wulgaryzmy jedna z posłanek. Nagle okazało się, że bardzo istotne jest to, jakich słów w prywatnych rozmowach używają politycy oraz że są tacy, którzy bacznie pilnują, żeby im się jakiś przerywnik nie wymsknął, bo przecież góra słucha zawsze (tak mniej więcej określił to dzisiaj pan Wróbel, którego osobiście bardzo lubię). Politycy, którzy należą do partii rządzącej skupiali się natomiast na tym, kto w ogóle śmiał ich nagrywać. Oczywiście, że zaprezentowane we wcześniej wspomnianym tygodniku nagrania do legalnych nie należały, więc trzeba znaleźć winowajców. I w stu procentach się z tym zgadzam, bo sama nie chciałabym być nagrywana przez jakichś kelnerów, tylko dlatego, że mają nadzieję złapać na gorącym uczynku kogokolwiek. Póki co nie stać mnie na VIP-roomy, więc teoretycznie mogę spać spokojnie. W praktyce zastanawiam się czy podsłuchy nie zaczną rozkładać swojego parasola nad zwykłymi obywatelami jak działo się to w Wielkiej Brytanii. Nie, nie mówię tutaj, że „Wprost” jest polskim „News of the World”, bo przede wszystkim sprawa się jeszcze nie zakończyła i nadal nie wszystkie szczegóły zostały poznane. Jednak jakieś punkty wspólne się pojawiają. 
Materiały redaktorzy dostali od niezależnego strzelca, któremu swoją drogą wcześniej odmówiło podobno kilka innych redakcji. Pan Latkowski zaznacza w dzisiejszym wydaniu "Wprost", że poinformował o aferze szefa CBA i próbował dotrzeć również do ministra spraw wewnętrznych, ale bezskutecznie. Redaktorzy zabrali się do pracy i zaczęli publikować fragmenty nagrań. Naczelny zaznaczył jeszcze jedno. Mianowicie, że redagując tekst redaktorzy pomijali m.in. „niektóre elementy zniesławiające osoby trzecie, w tym polityków, którzy już nie żyją”. Niestety sprawa z rzekomym długiem Zbigniewa Religi, choć jak mówi jego syn z opublikowanej wypowiedzi nie wynika jasno o czyich długach mowa, nadszarpuje mimo wszystko dobre imię zmarłego przed pięcioma laty profesora.

Jak to wszystko funkcjonuje?

To, co działo się w redakcji „Wprost” w środę osiemnastego czerwca widziała na żywo chyba cała Polska. ABW i prokura wchodzili do redakcji kilka razy, ale ostatnia wizyta zapewniła temat wszystkim mediom na dobrych kilka dni. Niestety funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie popisali się najlepiej próbując wyrwać komputer z rąk redaktorowi Latkowskiemu. Szarpaninę nagrały wszystkie obecne przed budynkiem redakcji, jak i te znajdujące się w środku, stacje telewizyjne. Patrząc na tą całą sytuację przypomniały mi się powroty autobusem do domu ze szkoły. Żeby przeżyć trzeba było zająć strategiczne miejsce. Żeby nie stać podczas podróży przyklejonym do drzwi trzeba było ustawić się gdzieś na początku kolejki, która kolejki wcale nie przypominała. Człowiek ustawiał się więc na środku przystanku, żeby w każdą stronę było blisko, w drugim rzędzie, żeby w chwili podjeżdżania autobusu nie zostać wepchniętym pod jego koła i na tyle daleko od tyłu, żeby barierka ograniczająca nie złamała kręgosłupa w odcinku lędźwiowym (przynajmniej w moim wypadku). Walka o najlepsze ujęcia przypominała istną dzicz, prawie jak wtegy kiedy wracałam do domu po zajęciach. Jeden żerował na drugim, ktoś komuś na pewno wsadził łokieć w żebra itd. A my to wszystko oglądaliśmy na ekranach telewizorów z niedowierzaniem. Nie wierzyliśmy, że w ogóle doszło do nagrań. Nie wierzyliśmy, że politycy są tak zakłamani. Nie wierzyliśmy, że te bardzo ważne osoby w państwie wypowiadają się w tak wulgarny sposób. Nie wierzyliśmy też, że policja, że ABW, że prokuratura, że taka groteska. Ale oglądaliśmy z otwartymi ustami i chcieliśmy więcej. Więcej wiedzieć. Więcej zobaczyć. Więcej zrozumieć. Media oczywiście wciągnęły rękę do zwykłego obywatela i przez kolejny tydzień wałkowały temat z każdej możliwej strony, podkreślając najmocniejsze z podsłuchanych zdań. Często wyrywając je z już i tak okrojonego kontekstu.

Kto na tym skorzysta?

Generalnie rzecz biorąc jakoś szczególnie mnie ta sprawa nie rusza, bo widzę co się dzieje na świecie. Polską politykę, choć początkowo z ogromną niechęcią, obserwuję od prawie dziesięciu lat i dzisiaj nie widzę niczego nowego. Polityka to od zawsze międzypartyjna walka o władzę. Polityka to brzydkie kulisy, które na co dzień zakładają maskę dyplomacji. Oczywiście, że nie podoba mi się rozbieżność w oficjalnych i nieoficjalnych wypowiedziach polityków. Nie podoba mi się też to, że komuś się ich udało podsłuchać i że w ogóle sami politycy dali się nagrać.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że są jakieś taśmy powiedziałam, że może i jeszcze ktoś skorzysta, ale głównym beneficjentem będą media. I nieskromnie muszę stwierdzić, że miałam rację, bo tak ciekawy temat nie zdarza się codziennie. Każda afera podnosi słupki oglądalności czy sprzedaży. Tak to moi drodzy działa. Tydzień temu, jak co poniedziałek, poszłam do kiosku kupić prasę, w tym oczywiście „Wprost”. Dopiero kiedy wzięłam go do ręki w domu trochę się zdenerwowałam, bo wydałam 5,90 zł na przecinek, a nie gazetę, którą kupuję co tydzień. W środku zamiast świeżych materiałów znalazłam kilkustronicową fotorelację, którą kilka dni wcześniej śledziłam na żywo. Zapis nagrań, z których wiele wypłynęło już wcześniej m.in. do telewizji czy opinie ludzi z najważniejszych mediów w Polsce, które wypowiadali w ciągu weekendu. Poza tym z osiemdziesięciu czterech stron (zazwyczaj to około sto piętnaście stron) tygodnika aż około 18 to reklamy (są też zajmujące fragmenty stron, więc zaokrąglam), trzy strony dotyczące promocji gazety (prenumerata, temat następnego tygodnia i reklama numeru z filmami) plus dwie strony artykułu promocyjnego i dwie prezentacji akcji. W sumie dwadzieścia pięć stron, które w świetle pracy redaktorów wyglądają na puste, ale przynoszą spore zyski, bo to w końcu wykupione miejsca reklamowe. Wydawca na pewno się ucieszył, bo gazeta była cieńsza niż zwykle – mniejszy koszt wydania numeru, na reklamach zarobił prawdopodobnie tyle co zazwyczaj, a chwytliwy temat zapewnił mu wysoką sprzedaż numeru. To jest coś, co mnie w tej aferze bezpośrednio dotknęło i trochę wkurzyło, bo kupując tygodnik czekam na trochę szerszą rozpiętość tematów niż jedna afera. Jednak nie mówię, że treść nagranych rozmów czy sam fakt nielegalnych podsłuchów można odłożyć na bok.

Winnych jest dużo. Czy i kto zostanie obciążony odpowiedzialnością dopiero się okaże. Tymczasem z afery taśmowej płynie do nas kilka lekcji. Po pierwsze stare i dobrze znane „umiesz liczyć, licz na siebie”. Po drugie: zawsze uważaj co i komu mówisz. Po trzecie: nikt nie jest święty. 

Czy jesteśmy na dnie? Jeśli tak, to od dawna.




fot. jasontravisphoto.tumblr.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz