wtorek, 3 czerwca 2014

DZIECIŃSTWO: KSIĄŻKI, KSIĄŻECZKI

Kiedyś książek było jak na lekarstwo. Dzieciaki czytały głównie lektury. Jakieś cenzury, cuda wianki, wszystko na kartki, czy jakoś tak. Dzisiaj od książek dla dzieci od minus dziewięciu miesięcy do lat stu mocno uginają się wszystkie półki w księgarniach. A jak to było z książkami, kiedy ja miałam od kilku do kilkunastu lat?



Cykl „Dzieciństwo” zaczynam od książkowego tematu, bo kilka dni temu był dzień matki, a to właśnie swojej mamie zawdzięczam miłość do czytania (prawie) wszystkiego, co wpadnie mi w ręce. Chciałabym tym wpisem pokazać, że początki naprawdę bywają trudne, a miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. Nie w tej kwestii. Nie w moim wydaniu.

A więc od początku. Kiedy byłam naprawdę mała czytali mi wszyscy domownicy i nie tylko, bo nie znosiłam słowa sprzeciwu. Czytać kazałam sobie w kółko to samo, a później chodziłam i recytowałam bez przerwy te same wiersze Tuwima. Mój ulubiony?

W Śpiewowicach, pięknym mieście,
Na ulicy Wesolińskiej
Mieszka sobie słynny śpiewak,
Pan Tralisław Tralaliński


Jego żona - Tralalona,
Jego córka - Tralalurka,
Jego synek - Tralalinek,
Jego piesek - Tralalesek.
Na a kotek? Jest i kotek,
Kotek zwie się Tralalotek,
Oprócz tego jest papużka,
Bardzo śmieszna Tralalużka.

Co dzień rano, po śniadaniu,
Zbiera się to zacne grono,
By powtórzyć na cześć mistrza
Jego piosnkę ulubioną.

Gdy podniesie pan Tralisław
Swą pałeczkę - tralaleczkę,
Wszyscy milkną, a po chwili
Śpiewa cały chór pioseneczkę:

"Trala trala tralalala
Tralalala trala trala!"
Tak to pana Tralisława
Jego świetny chór wychwala.

Wyśpiewują, tralalują,
A sam mistrz batutę ujął
I sam w śpiewie się rozpala:
"Trala trala tralalala!"

I już z kuchni i z garażu
Słychać pieśń o gospodarzu,
Już śpiewają domownicy
I przechodnie na ulicy:
Jego szofer- Tralalofer
I kucharka - Tralalarka,
Pokojówka - Tralalówka
I gazeciarz - Tralaleciarz,
I sklepikarz - Tralalikarz,
I policjant - Tralalicjant,
I adwokat - Tralalokat,
I pan doktor - Tralaloktor,
Nawet mała myszka,
Szara Tralaliszka,
Choć się boi kotka,
Kotka Tralalotka,
Siadła sobie w kątku,
W ciemnym tralalątku
I też piszczy cichuteńko:
"Trala - trala - tralaleńko..."

Połowa z Was pewnie zjechała sobie tutaj nie zwracając szczególnej uwagi na treść większości z moich teatralnych występów. Trudno, Wasza strata, a teraz z powrotem do książek. Nie wiem kiedy Wy zaczęliście sami czytać, ale ja bardzo się przed tym broniłam. Pamiętam jak w przedszkolu pani kazała nam czytać książeczki reszcie grupy. Oczywiście asertywna Patrysia powiedziała, że nie ma takiej opcji, że nie zacznie, bo przecież nie zna jeszcze wszystkich literek. Na krzesełku usiadł ktoś ode mnie młodszy i zaczął opowiadać co widzi na obrazku. Poczułam się oszukana, bo nikt mi wcześniej nie powiedział, że tak wygląda czytanie w wieku pięciu lat, ale wtedy nie było jeszcze ruchu oburzonych, więc nic z tym nie zrobiłam.

Tak naprawdę etap czytania książek zaczął się dla mnie dość brutalnie. Wcale nie wraz z pójściem do szkoły. „Ala ma kota” się nie liczy. Również nie w siódme urodziny. Liczyć umiałam dalej niż do siedmiu, więc po co mi to zapisywać swój wiek słownie, skoro mam liczby. Zaczęło się w święta Bożego Narodzenia, słuchajcie! W święta, kiedy te siedem lat miałam już skończone! Rok wcześniej dostałam górę układanek, lalek Barbie, klocków Lego i innych dupereli, ale w 1998 roku epoka dobrego melanżu z wyfiokowanymi blond lalami skończyła się bezpowrotnie. Pod choinką znalazłam kilka książek, które zdecydowanie uszczupliły zabawkowy rezerwuar moich świątecznych, cudownie kolorowych prezentów. Prawie się popłakałam, ale zawsze mi powtarzali, że dama zachowuje się przyzwoicie, więc ograniczyłam się do: „Tak, podobają mi się. Dziękuję.” Później gifty odniosłam do pokoju i zajęłam się tym, co dostał mój młodszy brat. Nie, to jeszcze nie był okres zdalnie sterowanych bryk i gnatów na przyssawki, które zwyczajnie mu kradłam, ale przynajmniej było kolorowo.

Zabawki, zabawkami, gender, genderem, ale pewnie zastanawiacie się gdzie te książki. A no już przechodzę do rzeczy. Mama ciągle podsuwała mi jakieś pozycje. Jedną z pierwszych był „Mikołajek”. Generalnie nic do dzieciaka nie miałam, ale imion jego kumpli zwyczajnie nie byłam w stanie zapamiętać. Dzisiaj wiem, że rodzice potrafią wykazać się zdecydowanie większą kreatywnością, więc w tej lekturze nie było najgorzej. Podejrzewam, że rzuciłam tę książkę w kąt, nawet jeśli pierwszy rozdział z fotografem wydawał mi się obiecujący. Jedno z moich ulubionych zdań? „… przecież lubimy naszą panią – jest strasznie miła kiedy jej nie denerwujemy.”

Później była „Pulpecja”, czyli podejście numer nie wiadomo właściwie już który. Założenie było prawdopodobnie takie, że jak przeczytam, że główna bohaterka jest moją imienniczką to polubię książkę i wreszcie jakąś skończę. Okazało się, że coś nie żarło. Akcja toczyła się za dawno, w zwykłym świecie, a bohaterka była „za stara”. Dzisiaj może i znalazłabym w sobie coś, czym charakteryzowała się Patrycja Borejko, ale póki tego nie sprawdzę, nie pisnę ani słowa.

Kolejnym podejściem był „Harry Potter i kamień filozoficzny”. To była pierwsza książka, którą połknęłam w minutę osiem, ale myli się ten, kto uważa, że zostałam tym samym potteromanką. Do drugiej części miałam chyba z dziesięć podejść. Mój brat czytać zaczął kilka lat po mnie (różnica wieku), a wszystkie części ma już za sobą. Ja pocieszyłam się ekranizacją.

Pamiętam, że później było jeszcze podejście z namiastką rywalizacji w tle. Polonistka powiedziała mojemu koledze z klasy, że może sobie poczytać Kapuścińskiego. Pomyślałam „A ja to nie?!” i pobiegłam do najbliższej księgarni zakupić jakąś pozycję „cesarza reportażu”. Były tylko „Przygody Herodota”. Ludzie, jak ja się umęczyłam! Polonistka miała rację, ja nie byłam jeszcze gotowa na taki level.

Dopiero kiedy zaczęłam czytać kryminały Agaty Christie okazało się, że jestem miłośniczką JAKIEJŚ literatury. „I nie było już nikogo” znane bardziej jako „Dziesięciu murzynków” było moją pierwszą miłością. Od tamtej pory czytam już praktycznie wszystko. Czasem tylko zdarza mi się czytać do połowy. „Jesieni w Pekinie” Borisa Viana chyba nigdy nie skończę. Za każdym razem jest tak, że muszę gdzieś przerwać, bo od śmiechu boli mnie brzuch.

Ach, jeszcze jedno! Szanować książki też nauczyłam się dopiero z czasem.




”O Panu Tralalińskim” Julian Tuwim

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz