Moje
pokolenie dorastało w okresie szybkiego rozwoju gospodarki. Po czerwcu ’89 zmieniło
się wszystko. Ludzie zaczęli robić szybkie i wielkie kariery, a na półkach
wszystkiego było więcej. W modzie jakby trochę za dużo.
Za dużo było w
szczególności dresów. Umiłowaliśmy sobie ten rodzaj ubrań i kręciliśmy się po
mieście, odziani w ortalionowy worek, koniecznie w dwóch częściach. Albo
zakładaliśmy dżinsowe dzwony z wyszytymi na nich kwiatkami. Moje egzemplarze
miały roślinne ornamenty zazwyczaj w okolicach kieszeni albo na końcach
nogawek. Obowiązkowym elementem uzupełniającym dżinsowe spodnie były, a jakżeby
inaczej, dżinsowe katany. Pod spodem oczywiście golf. Nie wiem jak Wy, ale ja
szczerze nienawidziłam tej części garderoby. Miałam kilka sztuk w mojej szafie,
ale nikt nie był w stanie zmusić mnie do ich noszenia. Oprócz mnie samej
oczywiście. Kiedy byłam w podstawówce, postanowiłam poprawić swoją urodę
samoopalaczem mamy. Był początek czerwca. Koleżanki, które biegały ze mną po podwórku
„nabierały kolorów”, a moja skóra jak zaklęta straszyła ludzi jasnym odcieniem.
Pewnego wieczora uznałam, że czas najwyższy się opalić i użyłam sporej dawki
magicznego balsamu. Rano, patrząc w lustro wyjątkowo zaniemówiłam. Bardzo
chciałam, żeby nikt nie zauważył, że pomagałam naturze, więc wysmarowałam się
samoopalaczem pod samą brodę. Efekt był taki, że zamiast chwalić się, że słońce
w końcu mnie trochę złapało, gotowałam się przez dwa dni w duszącym mnie
golfie. Warto zaznaczyć, że kiedyś lato zaczynało się już w maju.
Wracając do
mody były jeszcze słynne poduszki, we wszystkich garsonkach, kobiet pracujących.
Neonowe kolory, które atakowały człowieka zza rogu prawie każdej ulicy w
Polsce. I najbardziej niewygodne legginsy na świecie. Nie wiem jak to nazwać,
ale miały takie coś, co zakładało się pod stopę. Wspominałam Wam już, że od
małego chodzę jak ostatnia kaleka, wpadam na różne rzeczy (ściana, drzwi,
itp.), notorycznie spadam ze schodów. Mieszkanie na drugim piętrze w bloku tylko
temu sprzyjało. Miałam wtedy czterdzieści pięć szans na pomylenie nogi. W każdym
razie z tym czymś pod stopą w ogóle nie umiałam chodzić.
Lata dziewięćdziesiąte
były bardzo kolorowe. Ludzie, którzy zachłysnęli się wolnością i pełnymi
półkami zakładali na siebie prawie wszystko, co czyniło ich wyjątkowymi. Chociaż
bardziej pasuje tutaj jaskrawymi. Dzieci oczywiście też były kolorowe. Każdy miał
inne dresy, dziewczynki miały różne legginsy albo spódnico-spodnie w różne
wzory (to swoją drogą też dość ciekawy temat). Jedyne co było podobne u
większości z nas, to dżinsowe katany. Dzisiaj rodzice mają tendencję do
ubierania swoich dzieci jednobarwnie. Szczególnie tyczy się to właśnie dziewczynek.
Chodzą sobie takie ludki, ubrane od stóp do głów na różowo, a mamusia z
tatusiem biegają za nimi z telefonami i cykają foty. Paręnaście lat później,
kiedy ta obfotografowana panna usiądzie nad swoim albumem, prawdopodobnie
będzie się chciała zapaść pod ziemię. Na szczęście matka wyciągnie wtedy rzecz
strzeżoną lepiej niż Obama w Warszawie, czyli swoje zdjęcie z młodych lat.
Krótki żółty top, jasno-zielone „lejące się” spódnico-spodnie w granatowe
kwiaty i czarne kropki, a do tego, pod kolor kwiatów, granatowe klapki z gąbki
na grubej podeszwie. Reakcja córki? „Mamo, tak bardzo Ci współczuję”. Każda z
nas zda sobie wtedy sprawę z tego, że kiedyś może i nosiło się kiczowate
szmatki, ale za to nie miało się zmarszczek.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz