Przyznam
się Wam do czegoś bardzo dziwnego. Nigdy nie lubiłam wakacji. Nie że tak
zupełnie, bo wyjazdy nad morze, imprezy ze znajomymi bez limitu czasowego („jutro
trzeba wstać do szkoły/pracy”) i oglądanie wschodów słońca przed pójściem spać
jest świetne. Ale dla mnie wakacje to tak naprawdę najbardziej nudny i
wyprowadzający z życiowej równowagi okres.
Teoretycznie rzecz biorąc, praktycznie
czasem też, wakacje mam prawie cały rok, więc powinnam w ogóle siedzieć cicho,
ale nie. Od dziecka nie lubiłam niedziel i lata i muszę Wam się do tego
przyznać, bo inaczej będę chora. Szczerze mówiąc już mam katar, ale mam
nadzieję, że zaraz mi przejdzie. Wracając do tematu. Ta cudowna słoneczna pora
roku byłaby może bardziej znośna gdybym jeździła z obozu na obóz, ale głównie
siedziałam na czterech literach tudzież biegałam dookoła bloku. Kiedy chodziłam
jeszcze do szkoły wakacje dało się znieść, bo do ławek i zajęć dodatkowych
wracało się już po dwóch miesiącach.
Odkąd jestem na studiach wakacji wręcz
nienawidzę, nie kiedy są. Głównie na początku października, bo „wolne” trwało
za długo, a prace jakie sobie znajdywałam były mało wymagające. Przez większość
czasu siedziałam nad książkami, gazetami, przed telewizorem bądź monitorem
komputera. Jeszcze to ostatnie było do zniesienia, bo pisałam do Was i czasem
nawet odpowiadaliście. Ale pomimo tego, że w tym roku jakoś łatwiej mi idzie
powrót do żywych, to nigdy nie przekonam się do najnowszego twierdzenia naukowców,
że nuda to wręcz dar dla ludzkości. Może królowie doliny krzemowej wpadali na
genialne pomysły nudząc się na harvardzkich zajęciach. Może wielcy artyści
leżeli do góry brzuchem, rozmawiali z sufitem i nagle ich olśniewało. Jeśli
chodzi o mnie, bardziej kreatywna jestem kiedy mam dużo na głowie i działam po
wpływem ogromnego stresu, aniżeli w sytuacji kiedy jestem na potęgę znudzona, ale
może rzeczywiście zawsze musi się znaleźć jakiś wyjątek od reguły. W sumie
ciekawa jestem jak to jest z Wami, ale podejrzewam, że połowa z Was cieszy się,
że właśnie wróciła do „miasta” i szykuje się na imprezę, więc nawet nie zauważy
tego wpisu. Trudno jakoś to przeżyję. Pozostaje mi tylko życzyć Wam udanego
weekendu moje małe i duże „Dysko-robaczki”.
Miałam to zakopać gdzieś głęboko, bo dla
mnie jest zbyt intymne. Pomyślałam sobie jednak, że może nie wszyscy patrzą na
wschody słońca tak jak ja i doszłam do wniosku, że muszę Wam pokazać co
tracicie wakacyjne śpiochy:



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz