Kiedyś, pisząc o walentynkach, stwierdziłam, że
każdy ma swoje święto. Na przełomie października i listopada historia się
powtarza. Każdy ma swoje, ale okazuje się, że w okresie jesiennych spadków
temperatury jesteśmy mniej tolerancyjni, a jedno święto jest gorsze od
drugiego.
Z walentynkami jest o
tyle mały problem, że chociaż to święto pogańskie, które przyszło do nas z
zachodu i jest nienawidzone przez jakieś osiemdziesiąt procent singli, nie
zahacza o żaden dżender (chociaż świetnie się do tego nadaje) nie wchodzi w
paradę żadnemu kościelnemu świętu (chociaż jakby się uparł, to na pewno coś by znalazł)
i co najważniejsze tylko te samotne jednostki, złudnie wierzące, że w tym roku
w końcu będą miały z kim (kto należy do gatunku homo sapiens) zjeść romantyczną
kolację, cierpią katusze, oczywiście w samotności. Tym zdaniem zbliżyłam się do
swojego życiowego rekordu słów zamieszczonych między wielką literą a kropką,
ale mam nadzieję, że się połapaliście i możemy iść dalej.
Dalej jest Halloween.
Dzień znienawidzony z kolei przez nie-pogan. Bo widzicie moi drodzy, Ci którzy
dzisiaj wybierają się na spacer pozbierać cukierki albo idą na imprezę jako
wiedźma, trup, zombie czy członek rodziny Adamsów są poganami, a być może nawet
satanistami. Tak naprawdę podejrzewam, że te dzieciaki, które biegają od drzwi
do drzwi i krzyczą „psikus albo cukierek” nigdy w życiu nie słyszały słowa
satanizm. Szczerze mówiąc mocno wątpię, żeby rodzice wychowywali ich na
miłośników zła, ale jak tam sobie kościół czy magazyny religijne chcą, to niech
opowiadają takie farmazony. Teoretycznie oczywiście mam to w głębokim poważaniu
mam wszystkie głupoty tego świata. W chwili, kiedy ukazuje się artykuł ze
wskazówkami jak zachować się w sytuacji sam (bądź nie sam) na sam z dzieckiem
przebranym za małego potworka, żebrzącym o cukierka zaczynam się mocno
zastanawiać czy rzeczywiście powinnam tylko pokiwać z niedowierzaniem głową i
zapomnieć o sprawie. Otóż moje zdanie na ten temat jest takie: w sytuacji,
kiedy chcecie nawracać cudzego dzieciaka ktoś mądry powinien Wam zwrócić uwagę.
Robicie źle. I tak, pozwalam sobie tak mówić, bo sama nie wtrącam się ludziom w
wychowanie ich brzdąców. Owszem, to nie tak, że nigdy tego nie robiłam. Wcale nie
tak dawno skończyłam z wtrącaniem się wychowywanie dzieci moim rodzicom. Dzisiaj
przyznaję, że wiele razy moje „ale” i „nie, tak być nie może!” były delikatnie
mówiąc bez sensu. Fakt faktem będzie co wspominać w przyszłości, ale więcej
tego błędu nie zrobię. Przede wszystkim dlatego, że rodzicom nie chce się już
ze mną kłócić, ale jakby nie patrzeć obie strony wiedzą, że to co najmniej mija
się z celem.
Następnie mamy
Wszystkich Świętych. Niby dlaczego to święto jest takie bardziej ważne? Bo
kościelne? Żyjemy w wolnym kraju i niech każdy sam sobie ustala priorytety. Dla
jednego ważniejszy będzie stroik większy od tego, który stoi na grobie sąsiada,
dla innego grób utrzymywany w czystości przez okrągły rok. Piszę dzisiaj tak
późno nie bez powodu. Oczywiście, że istotne jest dla mnie, żeby groby członków
mojej rodziny, którzy już odeszli, wyglądały jutro schludnie, ale staram się, jak
mogę, dbać o ten porządek przez cały rok. Ale Wszystkich Świętych wypada w tym
roku w sobotę i piątkowy wpis musiał poczekać, bo takie mam priorytety. Wyobraźcie
sobie, że od kilku lat chodzę do kościoła od wielkiego dzwonu, a o zmarłych
jakoś nie zapominałam.
Do czego zmierzam? Bo dawno
nie pisałam i może nie pamiętacie już o co mi chodzi. A no tylko o to, że
żyjemy w wolnym kraju i każdy ma prawo decydować o tym jak żyje czy jak
wychowuje swoje dzieci. Oczywiście nie zgadzam się na jakąkolwiek przemoc, ale
nie mam zamiaru dzwonić do opieki społecznej tylko dlatego, że matka krzyknęła
na dziecko. Albo nawracać przedszkolaków dlatego, że jakiś ojciec wozi swoją gromadkę
z ulicy na ulicę, żeby ta wyłudzała cukierki pod groźbą jakiegoś psikusa. Jak dla mnie jedynymi, którzy
mogą mieć pretensje do halołinowego trzydziestego pierwszego października są
Ci, którzy się odchudzają. Wyobraźcie sobie, że jesteście na diecie, ćwiczycie
sobie z Chodakowską, a tu nagle dzwonek do drzwi. Włączacie pauzę, biegniecie spoceni
jak świnie (bo to już trzydziesta piąta minuta Turbo Spalania), otwieracie , a
tam słodki dzieciak przebrany za dynię woła „cukierek albo psikus!” Biegniecie
w te pędy do kuchni, przekopujecie połowę szafek aż w końcu wychodzicie do pomarańczowego
pulpecika z pękiem marchewek kupionych w sklepie ze zdrową żywnością. Głupio
nie? Ja bym się wkurzyła.
fot. lehighvalleylive.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz